niedziela, 14 grudnia 2014


Sidney Lumet 'Network'


I don't have to tell you things are bad. Everybody knows things are bad. It's a depression. Everybody's out of work or scared of losing their job. The dollar buys a nickel's worth, banks are going bust, shopkeepers keep a gun under the counter. Punks are running wild in the street and there's nobody anywhere who seems to know what to do, and there's no end to it. We know the air is unfit to breathe and our food is unfit to eat, and we sit watching our TV's while some local newscaster tells us that today we had fifteen homicides and sixty-three violent crimes, as if that's the way it's supposed to be. We know things are bad - worse than bad. They're crazy. It's like everything everywhere is going crazy, so we don't go out anymore. We sit in the house, and slowly the world we are living in is getting smaller, and all we say is, 'Please, at least leave us alone in our living rooms. Let me have my toaster and my TV and my steel-belted radials and I won't say anything. Just leave us alone.' Well, I'm not gonna leave you alone. I want you to get mad! I don't want you to protest. I don't want you to riot - I don't want you to write to your congressman because I wouldn't know what to tell you to write. I don't know what to do about the depression and the inflation and the Russians and the crime in the street. All I know is that first you've got to get mad. You've got to say, 'I'm a HUMAN BEING, God damn it! My life has VALUE!' So I want you to get up now. I want all of you to get up out of your chairs. I want you to get up right now and go to the window. Open it, and stick your head out, and yell, 'I'M AS MAD AS HELL, AND I'M NOT GOING TO TAKE THIS ANYMORE!' I want you to get up right now, sit up, go to your windows, open them and stick your head out and yell - 'I'm as mad as hell and I'm not going to take this anymore!' Things have got to change. But first, you've gotta get mad!... You've got to say, 'I'm as mad as hell, and I'm not going to take this anymore!' Then we'll figure out what to do about the depression and the inflation and the oil crisis. But first get up out of your chairs, open the window, stick your head out, and yell, and say it: "I'M AS MAD AS HELL, AND I'M NOT GOING TO TAKE THIS ANYMORE!"

piątek, 12 grudnia 2014


BLADE RUNNER Ridley Scott

Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary. Statki w ogniu sunące ku ramionom Oriona. Oglądałem promienie kosmiczne błyszczące w ciemnościach blisko wrót Tannhausera. Wszystkie te chwile znikną w czasie jak łzy na deszczu. Czas umrzeć.
Roy

poniedziałek, 3 listopada 2014

niedziela, 2 listopada 2014

Jimmy's Hall Ken Loach

Cały dzień ciężko harujesz, zimno i mokro jak to na torfowisku. Nawet jeśli byłeś 10 lat w Nowym Jorku w samym sercu kulturalnych przemian, kulturowym tyglu, to uznajesz że jednak do tego torfowiska i zielonych pól chcesz wrócić. Do matki, która jest tam sama i pewnie ucieszy się z powrotu syna emigranta. Taka to już była dola Irlandczyków po wielkiej biedzie i głodzie którego doświadczył kraj na początku XXw. Trzeba było szukać szczęścia u wuja Sama. Liczni nie wracali w ogóle, reszta przesyłała pieniądze do domu. Jimmy wraca i chce wieść spokojne życie, przed 10 laty dał się poznać jako bezkompromisowy orędownik wolnej myśli, tańca, poezji ale przede wszystkim jako uwielbiany lokalny animator. Ktoś kto potrafi tchnąć ducha w lokalną społeczność żeby nie siedziała przygnębiona sama w domu i wyalienowana, a jedynym jej pocieszeniem miałby być alkohol i niedzielna msza. Dla młodzieży też się coś znajdzie - parafialne potańcówki. Parafialne potańcówki miały stanowić monopol rozrywki w parafii wiecznie panującego tam proboszcza, dlatego też Jimmy ze swoją atrakcyjną ofertą nie był tam postacią lubianą, aczkolwiek nie można powiedzieć że zupełnie nie szanowaną. Proboszcz dyskretnie podziwia jego mądrość, odwagę i oddanie dla ludzi, jednak nie wspiera jego działalności i stoi dokładnie po drugiej strony barykady dopóki nie uzyska od swojego parafianina totalnego posłuszeństwa i oddania. A tego Jimmy nie może zrobić: oczekuje od proboszcza szczerej rozmowy i poszanowania. Wciąż jest jednak na linii ognia. To już 10 lat później, kiedy Jimmy zostaje wręcz wywołany do tablicy przez lokalna społeczność w nadziei wskrzeszenia dawnego entuzjazmu i pragnienia przeżywania czegoś pięknego i wartościowego razem. I ta społeczność jest sobie w stanie sama to zorganizować. Jimmy's Hall to hołd dla wszystkich nie godzących się na krzywdę działaczy dla których robienie czegoś razem z ludźmi i dla ludzi jest rzeczą naturalną i oczywistą, ponieważ wszyscy tego potrzebujemy aby się prawidłowo rozwijać i po prostu dobrze czuć. To manifest przeciwko państwu w państwie i afirmacji ludzkiej inicjatywy oddolnej; silnej i prawdziwej bo pochodzącej od nich samych. Manifest przeciwko trenowaniu człowieka jako narzędzia do generowania a priori określonych statystyk i wyników. To historia o miłości do życia, i próba przeżycia go najświadomiej i najszczerzej jak się tylko i do kiedy da, bo w końcu ktoś się jednak zorientuje że ludzie wymykają się z powszechnie panującej kontroli. Jimmy jest ponadczasowy, a dyskusje które zdążył wokół swojej działalności rozniecić stanowią zestaw najważniejszych pytań dotyczących naszej wolności osobistej, wobec instytucji i w końcu wobec samych siebie

sobota, 1 listopada 2014

Zadośćuczynienie



Nad złotym stawem Marka Rydella, o śmierci i o tym jak bardzo tęsknimy do tych których kochamy, a których rzadko widujemy. Tak skończył się dla mnie 1 listopada w tym roku. Z niezastąpionym rytuałem historii ludzkiej opowiedzianej przez ekran. Henry i Jane Fonda jako ojciec i córka w filmie i w życiu, w relacji pełnej trudnej miłości. "He's afraid of you as much as you're afraid of him, talk to him!"  W tej scenie nie sposób się nie rozkleić. Później można już spokojnie umrzeć.

środa, 3 września 2014

Children's song

We live in our own world,
A world that is too small
For you to stoop and enter
Even on hands and knees,
The adult subterfuge.
And though you probe and pry
With analytic eye,
And eavesdrop all our talk
With an amused look,
You cannot find the centre
Where we dance, where we play,
Where life is still asleep
Under the closed flower,
Under the smooth shell
Of eggs in the cupped nest
That mock the faded blue
Of your remoter heaven.

R.S. Thomas



niedziela, 3 sierpnia 2014

Poprzez śmierć do nowego życia







Spędziłam ten weekend z hipnotyzującym portretem  Laury Palmer na moim biurku. Nie można przestać się w nią wpatrywać. Jest aniołem, który promiennym uśmiechem niesie obietnicę miłości, szczęścia, spełnionych marzeń... i po którego śmierci nosi się żałobę.
Właśnie dobiega końca kolejna edycja Festiwalu Twin Peaks w North Bend w stanie Washington. Czy Laura wróciła po 25 latach ? W śnie agenta Coopera śmiała się przez łzy, była wolna po śmierci, bo życie nie stworzyło jej takiej możliwości. Jeszcze kiedy zaczynała pisać pamiętnik, który dostała na swoje 12 urodziny, napisała, że ''mama chyba zwariowała jeśli myśli że dorosnę w mgnieniu oka, zwłaszcza, jeśli będzie mi dalej dawała pluszowe zwierzątka na urodziny (...)''. Dwa lata później, co można oczywiście traktować z przymrużeniem oka, jest już jednak dojrzałą seksualnie młodą kobietą, która ma poważne problemy egzystencjalne a osiągnięcie psychicznej równowagi wydaje się niemożliwe. Będzie brać kokainę, sypiać z klientami własnego ojca, przejdzie zabieg aborcyjny i będzie cierpieć coraz bardziej od tajemnicy, której nikomu nie mogła zdradzić.  
Dzisiejszej nocy, 3 sierpnia, napisała w swoim pamiętniku: 
"Jestem zamknięta w pułapce tej części samej siebie, której nienawidzę. Twardej, męskiej części siebie, która ujawniła się, by walczyć, po tym jak małe wspomnienia i blizny zaczęły ze mnie wychodzić z gwałtownością, która otrzeźwia, ale i przeraża. Walczę, by ratować Laurę, którą pragnęłabym być znowu. Tą, o której każdy myśli, że ma ją ciągle przed sobą - w sukieneczce, z rozwianymi włosami. Mój uśmiech wyrzeźbiony jest jednak na policzkach przez głęboki strach, że dziś wieczór może mnie odwiedzić w każdej chwili mężczyzna, który będzie próbował mnie zabić. ''. 
Młode dziewczyny mają zawsze swoje tajemnice, o których nawet nie mogą powiedzieć najlepszej przyjaciółce Donnie. Czasami przez to umierają, a jeśli żyją dalej, ich życie jest naznaczone piekłem wspomnień od których nie mogą się uwolnić. Nie śpią po nocach, płaczą przez sen, budzą się zlane potem. Palą kolejnego papierosa, znieczulają emocje alkoholem, kładą się krzyżem, pokutują i mają ''uśmiech wyrzeźbiony na policzkach przez głęboki strach''.
Może jesteś nią Ty, może Twoja córka lub siostra, matka, babcia, przyjaciółka, wyalienowana sąsiadka spod czwórki. 
Matki nie tak łatwo godzą się z dojrzewaniem seksualnym swoich córek. Córki, nie czują się dopuszczone do tajemnic swoich matek.  Ojcowie chcą zatrzymać swoje małe dziewczynki.. Ale TO jest nieuchronne. Odkrycie poskramianej prawdy, test na dorosłość: Wybór.

Jest wieczór, wciąż duszno i upalnie. Chcę popatrzeć na ocean, w którym Ada zanurzyła się wraz ze swoim fortepianem. Zatopiła się wraz z nim, jak Virginia Woolf z napchanymi od kamieni kieszeniami czekając na prąd rzeki by uciszyć głosy.
"Co za śmierć, co za okazja, co za niespodzianka. Moja wola wybrała życie". Ada wybrała życie, może dlatego, że była gotowa umrzeć. Schodząc na dno oceanu, z kurczącym się powietrzem w płucach, zanurzyła się po odpowiedź, i dostała ją. Fortepian, osiadł gdzieś na dnie na wieczność, ona zyskała nowe życie. 

Nie przestaję wierzyć w to, że można uciszyć w głowie krzyk, odzyskać swój własny głos by nikt się nim w naszym imieniu nie posługiwał. Że można jeszcze zdążyć wyplątać się z liny.






środa, 11 czerwca 2014

Tatuś się wyprowadził i się nas wstydzi

Tym razem to dzieci opowiadają historię. Nie inaczej jest w filmach Doroty Kędzierzawskiej, znanej ze współpracy z nieletnimi aktorami. To dzieci są w jej filmach głównymi bohaterami i poprzez ich wrażliwość i optykę rzeczywistości szczególnie widzowie dorośli muszą spojrzeć na rzekomo znany już sobie i poukładany świat. Tym razem reżyserka postawiła na eksperyment w teatrze. Obsadziła dwóch małych chłopców w roli synów i Magdalenę Boczarską w roli Medei - ich matki.  Przeniosła na deski polskiego teatru sztukę australijską Kate Mulvany i Anne Louise Sarks, która zdążyła już odnieść światowy sukces. Temat jest bardzo uniwersalny, ale wydaje się być nadzwyczaj korespondujący z problemami współczesności; rodzin na odległość, rodzin patchworkowych, rodzin nieobecnych.
 Czy matki często dziś mordują własne dzieci w akcie zemsty wobec męża ?... Statystycznie, raczej nie. W tragedii greckiej nie ma półśrodków, są tylko czyny totalne wynikające z pasji i instynktu. To niczym kamera zainstalowana w głębi ludzkiej duszy i rejestrująca wszystkie myśli i emocje, która czyn wyobrażony przekształca w żywy obraz. Dlatego ot kuriozum, tragedie prowadziły do katharsis. Pozwalały uwalniać to co wyparte i stłumione, ale nie były reportażem, ani filmem instruktażowym. Teatr zmusza do odbycia rytuału, prowadzi do konfrontacji, obnaża prawdę która często jest niewygodna. W końcu parabolicznie przestrzega; jeśli pójdziesz tą drogą, tak właśnie skończysz. 
Wejdźmy zatem w końcu  do pokoju chłopców: Leona i Teosia. Przenieśmy się do ich intymnego świata, w którym spędzali czas razem na zabawach, wygłupach i dziecięcych rozmowach. Wskrześmy ich i uratujmy od turpizmu ciałek leżących w trumnie lub wisielców samotnie martwych na drzewie, jak przedstawił to w swojej filmowej i znakomitej zresztą wersji Medei Lars von Trier. Spróbujmy sobie też wyobrazić, że Medea to kochająca matka i oddana żona.



Wnętrze ich pokoju to dwa zawieszone na linkach materace, jak małe łódeczki na których dryfują kiedy śpią i marzą. Kilka poduch i przestrzeń życia w której rozmawiają, bawią się i śpią. Czasami przykładają też ucho do podłogi i podsłuchują dorosłych. Czują, że coś się zmienia, że w domu nie jest tak jak dawniej, ale nie są jeszcze niczego świadomi. Pytają tylko ''kiedy przyjedzie tata". Po jakimś czasie matka wchodzi  i nerwowo paląc papierosa oznajmia im, że tatuś nie przyjedzie bo "się wyprowadził i się nas wstydzi". Czy są z tego powodu smutni, rozczarowani a może nie ma to dla nich znaczenia ? Dopóty nie płaczą, nie ma powodu do zmartwień-myślą dorośli; dzieci potrafią przecież błyskawicznie się adaptować do nowej rzeczywistości. Powracają do swojej dziecięcej bieganiny w piżamach, zapasów i walk na miecze. Gdzieś między snem a zabawą przemycają swoje myśli, emocje, zadają sobie nawzajem pytania. Kiedy starszy wyciąga spod poduszki schowany sweter ojca, młodszy przybiega i niczym relikwię po zmarłym z namaszczeniem dotyka. Z tęsknoty przytulamy się do rzeczy, w nadziei wskrzeszenia obecności tego za kim tęsknimy.. Wąchamy, śpimy z nimi. 

Przypomina mi się jedna scena w''Placu Zbawiciela" Joanny i Krzysztofa Krauze. Ojciec dwójki synów wyprowadza się do kochanki i zostawia żonę na łasce teściowej z dziećmi. Wraca po jakimś czasie by uregulować alimenty, odruchowo pogłaskać dzieci po głowie. Kiedy szykuje się do wyjścia i chce ubrać buty, okazuje się że jedno z dzieci schowało i nie chce oddać. Dostaje za to klapsa; ojciec chce czym prędzej opuścić dom, a syn nie chce. Kiedy wyjdzie, może już nie wrócić. Kiedy wyjdzie, będzie tęsknota. Kiedy wyjdzie, tylko matka zostanie z nimi. Matka, która będzie musiała łagodzić rzeczywistość kłamstwem. Zanim w dzień Wigilii poda dzieciom kolorowe tabletki, a sama podetnie sobie żyły obieca im, że tatuś po nich przyjedzie, zabierze i wszyscy spędzą Wigilię razem. Robi to dla dzieci; kłamie, zabiera ich do kina, kupuje słodycze i desery, wyprawia im dzień dziecka przed planowaną śmiercią. 

Jest też i obietnica lepszego życia w tym tragicznym micie. Mali mają zamieszkać z ojcem i jego nową żoną w pałacu. Cieszą się, jak polskie dzieci, które nagle miałby się przeprowadzić do Stanów, wielkiego domu z basenem i jeździć do Disneylandu. Bo jakie życie czeka ich z matką?  Medea doskonale wie co nastąpi, z czym musi się pożegnać, co musi oddać za darmo. Trucizna, a może padlina ? Na pewno nie jest to uroczy prezent ślubny dla przyszłej wybranki Jazona. Chłopcy czują tylko, że to co schowała w zamkniętym naczyniu 'cuchnie'. W oryginalnej wersji mitu wiemy że panna młoda otrzymała szatę, która po włożeniu wypaliła jej skórę, a ojciec który ruszył jej na ratunek poniósł śmierć. 




Kto staje się ofiarą i kartą przetargową. Kto zostaje złożony w ofierze i co chce przez to uzyskać. Medea to okrutna opowieść, a sama czarodziejka mogłaby zostać okrzyknięta wiedźmą i dzieciobójczynią gdzie odsiedziałaby dożywocie za czyn szczególnie okrutny. Zero łaskawości, zero zrozumienia. Wyrodna matka jest jednoznacznie potępiona. Ojciec to ten który nie porzucił, lecz odszedł do innej. Młodszej, piękniejszej. Czy rozliczamy go z jego poczucia odpowiedzialności, moralności i sumienia ? Czy wystarczy tylko a może 'aż' by płacił alimenty bo taka jego a priori wyznaczona rola ? Nie osądzam. Pytam. Nie uważam,  iż ludzie są czyjąś własnością, że należy ponad wszystko kontynuować pasmo nieszczęść, jeśli nie widać na horyzoncie żadnego rozwiązania. Dlaczego jednak handluje się dziećmi. Oburzamy się na handel żywym towarem, na celebrytów którzy adoptują chińskie lub czarne niemowlaki, na in vitro, matki surogatki i prostytucję dziecięcą. Nie zauważamy jednak, jak bardzo zaczęliśmy sobie rekompensować materialnym światem brak pomysłu na wychowanie. Gadżety zaabsorbują i stworzą namiastkę obecności drugiego człowieka. Marka nada tożsamość. Internet stworzy przestrzeń życiową. Czego możemy później wymagać od istot, które zostały wyhodowane w cybernetycznej szklarni, pod sztucznym światłem z pilotem w ręku. Z zimnym ekranem do którego można tylko przyłożyć z tęsknoty rękę, jak chłopiec próbujący objąć na ekranie twarz swojej matki w Personie Bergmana.  




Wybaczcie panowie i ojcowie. Nie ciskam kamieni, nie strzelam, nie zakopuję żywcem, nawet w ortodoksyjnej kulturze niektórych krajów arabskich nie przewidziano takich kar za rozwód.  Ale obserwować nikt mi nie zabroni. Z przykrością prawdziwą próbuję zaakceptować stan rzeczy, iż to do matki należy pełna odpowiedzialność za opiekę i wychowanie. Nadal. Pomimo emancypacji nadal nie jesteśmy szanowane jako jednostki, które też mają myśli, potrzeby obcowania ze światem i rozwijania się. Nie jest to manifest feministyczny. To gorzka rzeczywistość, z której wynika, że nadal podział ról społecznych jest bardzo wyraźny i krzywdzący. Ale nie będzie o gender pt różowe sukienki, a może pistolety. Tym trywiom poświęca się za dużo uwagi i medialnego szumu, podczas gdy matki często w społecznej i małżeńskiej alienacji próbują wytrwać bez odejścia od zmysłów.  I nie udawajmy, że to margines społeczny. To sytuacja, która może się przydarzyć każdemu z nas, chyba że cudownie wybawi nas miękkie lądowanie w postaci pomocy od rodziców, dziadków, którzy obowiązek wychowania i płacenia wezmą łaskawie na siebie. 

Społeczna i kulturowa powinność.  Dziś nie wychowujecie synów na wojnę. Nie wychowujecie ich do ról twardych mężów. Nie mamy dziś odgórnie narzuconych ról społecznych ani genderowych. Ale czy to oznacza, że można przyjąć brak koncepcji na wychowanie ?

 Dustin Hoffman w Sprawie Kramerów przekłuwa stereotyp ojca sprowadzonego kulturowo tylko do roli żywiciela rodziny, w dojrzałego i odpowiedzialnego opiekuna i rodzica. Ojca, który pracuje ale i spędza razem z synem wieczory, rano zjada z nim śniadanie, odprowadza go do szkoły. Pan Kramer postawiony został jednak przed faktem dokonanym, otóż pani Kramer zniknęła nagle z ich życia zostawiając tylko list i postanowiła szukać sensu swojego życia. Ojciec musiał nagle wygospodarować czas i cierpliwość dla małego Billiego, który chował się dotychczas bezpiecznie pod skrzydłem mamy, do czasu kiedy ta nie znajdując zrozumienia u męża i pogrążona w swojej samotności i depresji (niestety, instynkt macierzyński nie zawsze wystarcza) postanawia ich opuścić na czas nieokreślony.  Okazało się, że kiedy musiał to potrafił, a syn w końcu przywiązał się do niego tak samo jak do matki, co oczywiście nie oznacza, że przestał za nią tęsknić. Podobnie sytuacja miała się z Laurą Brown,  zagubioną, wycofaną i nieszczęśliwą matką, w którą to rolę miała okazję wcielić się  w Godzinach Stephena Daldry Julianne Moore. Doskonała pani domu piekąca dla męża tort na urodziny, żyjąca na przedmieściach i czekająca na powrót męża, osaczona jego miłością. Kilkuletni synek, ciąża i poczucie totalnej egzystencjalnej pustki. Postanawia więc wyjechać i już nie wracać. Wyrodna matka?... 

Odyseusz nie ma swojego żeńskiego odpowiednika, jest zarezerwowany tylko dla płci męskiej. Wyrusza w świat, sypia z nimfami, płodzi, zostawia potomstwo, które będzie się chowało u matek, z ojczymami, a Penelopa tylko z racji cywilnego statusu bycia jego małżonką otoczona jest chwałą i podziwem, że tak wytrwale i wiernie odrzuca zalotników bo tylko na jednego Odyseusza czeka. Wraca w końcu i szuka przystani spokojnej starości oczekując  miejsca w rodzinie na takich samych prawach. Czasami też wypala się i postanawia zacząć wszytko od nowa, z inną czarodziejką i uwierzyć że to nie jest jeszcze za późno by zbudować siebie na nowo. Nie dyskutuje, oznajmia. Bierze pod pachę potomstwo odchowane cierpliwie przez matkę, zmienia im w głowie film i włącza guzik Play. Jeszcze przedtem wciska inny guzik - Delete Old Files i tak z tabula rasa przy niezmąconym umyśle rusza swoim statkiem ku nowym wybrzeżom.

"Dlaczego kobiety muszą tyle znosić. Bezsłownie uległe w ciele i czynie. Jakie prawa mają kobiety? Mężczyzna może ciągle poszukiwać nowych przyjaciół. Kobieta natomiast nie ma nikogo prócz niego. Twierdzi on, iż pragnie ona jego bezpieczeństwa, po czym wyjeżdża na wojnę. Wołałabym krwawić za tarczą, aniżeli rodzić dzieci (...) " Medea Lars von Trier.


Odyseusz tkwi w każdym facecie, lepiej z tym na siłę nie walczyć. Można i należy jednak domagać się szacunku dla siebie i wspólnych dzieci, które nie tylko z matki pochodzą ale w połowie i z ojca. Czysta biologia i niepodważalne pole genetyczne, które na zawsze wyznacza dla nas miejsce i rolę w tej konkretnej rodzinie. Można znikać i zanikać tymczasowo ale nie da się całkowicie zniknąć z życia rodziny. Pewnego dnia dzieci i tak znajdą VHS z ślubnym filmem. I odtworzą sobie taśmę na szpulach serca i umysłu. Będą przewijać taśmę do przodu i tyłu by pooglądać cuda, których one pamiętać nie mogą. By przytulić się do szklanego ekranu z tęsknoty. A może zadrwić i uświadomić sobie, że człowieka też można złożyć w ofierze. Że ambicja jest priorytetem mężczyzn, posłuszeństwo obowiązkiem kobiet, a dziecko barankiem prowadzonym na rzeź gdy ludzi opanuje szaleństwo a prawo zostaje pogwałcone. Walka o wolność, gdy raz się zaczyna, z ojca krwią spada dziedzictwem na syna...


piątek, 30 maja 2014

Laura Palmer przywróciła mi wiarę w uczucia



Coraz częściej uciekam w głąb siebie. Znów alienacja. Wywołana nadmiarem pracy i dysonansem społecznym między mną a światem, czy po prostu obcością życia w dużym mieście w którym nigdy nie będziemy się czuli w jakikolwiek sposób komuś potrzebni.
Sny. Nocne, popołudniowe, brama do przeżyć. Rozdzierające pragnienie uczuć, życia, doświadczeń, światów rówoległych. Mogę tańczyć dziwny i nieskoordynowany taniec gdzieś z kimś, bez barier, bez obaw, bez ocen, bez seksizmu. Mogę latać balonem i przemierzać czarny kosmos. Mogę być w ciąży i jednocześnie być szczęśliwą. Mogę odczuwać że to jest prawdziwe, a prawdziwy sen, śpiączka i narkoza będzie po przebudzeniu. Po pójściu do łazienki, założeniu uniformu, tłoczeniu się tramwajem przy nieświeżych oddechach ludzi, przy wdziewaniu maski powściągliwej nauczycielki dającej upust w absurdalnych żartach. Tyle i aż tyle mi wolno. Mózg to wie, ona to wie, pragnienia to wiedzą, dusza zna aż za dobrze. Laura miała swoje tajemnice. Ja mam swoje sny. 
Pamiętam chłopaka który był malarzem i cierpiał na schizofrenię. Zawsze mówił że najpiękniejsze są dla niego sny, pełne wolności. Mówił o tym w taki sposób, że nagle moje sny stały się dla mnie tylko słodkimi historyjkami. Jego były wizjami, rozpasaniem podświadomego i wydrwieniem świadomego. Nawet na jawie chodził i mówił jak we śnie. Brał leki, ale wydawał się wiedzieć coś więcej i tego nie potrafił udźwignąć na trzeźwo, ta siła wyrywała go z ziemi z korzeniami i niosła jak w moim balonie dzisiejszej nocy. Ogień, balon jak świat i kosmos. Czarny, niezmierzony, jak śmierć, lecz śmierć większa niż życie, nie mała, nie kiepska, nie mroczna ani obrzydliwa. ŚMIERĆ która jest poznaniem dobrego i złego. Jak czerwony pokój przejścia duszy Laury Palmer, jak pocałunek.; tak chciałabym umierać. We właściwym momencie, decydując się na przejście. To były dwie różne dłonie z różnych światów które się połączyły, a które w bólu nie chciały się zetknąć kiedy leżałam na podłodze w swoje 31 urodziny. Siła napiera z lewa, i siła napiera z prawa. Tam jestem ja, a tam jest moja matka. Wyciągam całą siebie do niej, do życia i prawdy, i nie mogę się zetknąć. Tam jest tajemnica, i nie chcę jej przekroczyć, bo wtedy mogłabym pęknąć jak naczynie. To jak doświadczenie Apokalipsy, gdzie aniołowie rozkleszczają niebo dla Boga, a ryk trąb odejmuje nam słuch. Objawienie, które nas unicestwia. Sięgasz po utracony kawałek siebie, zagubiony atom błąkający się po próżni kosmosu. Może to ten sen. Przypomniał mi się w trakcie lekcji, i ustawił na inny poziom. To rzeczy które komletnie nam umykają w codziennym zaprogramowanym mózgu, nastawionym na odbiór bodźców z zewnątrz i zarządzaniem całym centrum dowodzenia naszej kontroli. Są sygnały i są aniołowie. Mam swoich aniołów. Jednym z nich jest mój brat, drugi to przyjaciel. Trzeci był aniołem który wyrysował mi drogę a potem zniknął. Ale z każdym z nich czuję duchową obecność. Przychodzą by nas ratować od zagłady. Brzmi jak ustęp z Biblii, jak mit Gwiezdnych wojen gdzie dobro ściera się ze złem w swej czystej materialnej postaci. Ale dziś zdałam sobie sprawę z tego że materializm jest przecież duchowy, a raczej duch musi być materialny aby móc się z nami skomunikować. Że próżno by szukać pucołowatych dzieci na chmurkach, bożków pod koronami drzew i ognistych smoków. Że są ludzie jako przekaźnicy prawdy w nas samych, ustawiając nas natychmiast na właściwym poziomie rozumienia, prawdy, kiedy pancerz sztucznych person pęka i zaciągamy łapczywie oddech z wolności.

Zaczęło się od rocznicy śmierci Laury. Jeszcze w lutym, kiedy pojawił się wpis że zostanie znaleziona następnego ranka. Wtedy historia ponownie ożyła po 25 latach. Przestała być tylko tajemnicą i tragedią zgładzonego zbyt wcześnie młodego życia, ale stała się studium przypadku naszego, mojego własnego teraz, tutaj, w Warszawie, zawsze. W kondycji przyżywania codziennej maski bycia normalną dla innych i bycia sobą nocami. Nie biorę kokainy i nie sypiam z mężczyznami choć to scenariusz bardziej legalny dla 30 latki niż 17 latki. Ale na poziomie egzystencjalnym nie ma to znaczenia. Jest im dane by poznać. Jeśli poznacie Ojca mego, poznacie samych siebie powiedział Jezus. Kim był ojciec dla Laury....? .. kimś kto ją kochał i zabił jednocześnie. Był ucieleśnieniem eksploracji świata, odpowiednikiem archetypowej męskiej, ojcowskiej siły, a jednocześnie atrybutem zła, napędzającym autodestrukcję. Nie musiał z nią utrzymywać kontaktów seksualnych by ostatecznie przejąć kontrolę nad jej świadomością i doprowadzić do obłędu. Ojcowie i matki są w nas. Różnie w nas pracują i różnie składamy im ofiary z samych siebie na ołtarzu miłości. Laura za bardzo kochała życie by cierpieć w takim rozdwojeniu. Wybrała śmierć z miłości by unieskutecznić zło, uśmiercić w sobie raz na zawsze Elektrę. Znieczulała się za dnia, by przetrwać koszmary, w nocy znikała. I zniknęła. Tyle mogła zrobić. W samotności i otaczającej hipokryzji mieszkańców. Wątpliwe czy psychiatra wytrzymałby prawdę. To zbyt wiele jak na jedno niewinne życie. To są właśnie tajemnice Laury, to rzeczy których nie możemy pojąć choć są ziemskie, choć sprawcami są ludzie. Są takie sprawy których nie można objąć, jedyne co można zrobić, to stanąć w obliczu prawdy, jeśli ma się odwagę. Stanąć i nie uciekać.
Jest taki czas kiedy nie oglądasz się za siebie, zajmujesz się tylko tym by nie myśleć i nie wspominać. Bieżący strumień obowiązków zapełnia ci głowę, zapełnia ci organizm, zapełnia łóżko aż w końcu drętwieją ci ramiona by sięgać po to co piękne. Najpierw eksperymentujesz z wytrzymałością i gromadzeniem środków by później być wolnym i nie martwić się o finansowe potrzeby.Przechodzisz etap zombi. Dlaczego kołyszemy się na tej łódce raz na prawo i raz na lewo, tracąc kontrolę nad sterem. Jest albo za bardzo uśpione albo za bardzo pobudzone, ale nigdy razem. I wybucha. Po popołudniowej godzinnej drzemce na jednym boku przy hałasie wiercących maszyn pod oknem. W pośpiechu po przebudzeniu doskonale lepię panierkę na rybie żeby zdążyć z brudnymi naczyniami przed obiecanym wyłączeniem wody o 16. Pełna organizacja. Wrzucam na patelnię, siadam i dopływa mi krew do głowy, palce mrowieją. Jestem jeszcze w stanie półsnu, dopuszczania do siebie czarnego kosmosu. To trwa cały dzień, a raczej już coś się zaczęło od jej śmierci. Przerywa się w rutynach, powraca w odmętach podświadomości. Wielkie abstrakcyjne ryby pływają na głębokości. Uwalniam łzy bo prawda leje się z każdej strony, i wpływa w jeden kanał, przejrzystości, zrozumienia. Dlaczego wcześniej coś funkcjonowało jako odrębne, a teraz jest ze sobą zabliźnione, czy ktoś robi sobie ze mnie żarty, trzyma mnie za kotarą i nie pozwala oglądać ? Serce to jedyny drogowskaz, prawdziwy rytm życia. Trzeba dać mu odpocząć nocą i nie dać się zabić przez Boba.

Det Sjunde Inseglet

Czy możemy dać wiarę tym, co wierzą, skoro nie potrafimy uwierzyć w samych siebie?
Co się stanie z tymi spośród nas, co chcieliby uwierzyć , ale nie są do tego zdolni?
A z tymi, co nie chcą wierzyć, i nie są zdolni do wiary ?
(…) Oto moja ręka. Żywa, pulsująca krwią. Słońce trwa nadal na niebie, a ja, Antonius Block, toczę walkę ze Śmiercią.

Chcę wiedzieć – nie wierzyć, nie chcę gubić się w przypuszczeniach, chcę wiedzieć. Chcę, by Bóg wyciągnął ku mnie ramiona, by objawił mi się, osobiście, by do mnie przemówił.

Toczę walkę ze śmiercią każdego dnia, w krwi, pocie i łzach.
Krew spływa co miesiąc, przypominając o darze życia, i jednocześnie o tym że ciągle ze mnie upływa, i że wyschnie, jeszcze przed śmiercią, opuszczając łono życia na zawsze.
Pot sączy się już przy porannej gorączce z niedospania i od produkcji nadmiernej adrenaliny. Trzeba przetrwać wiekuisty front dnia, a zasobów tak mało. Wtedy tylko duchowość jest nas w stanie wypełnić, przepchać złogi bezsensu i niechęci wobec najbardziej banalnych rutyn dnia codziennego. W pocie wstajesz i w pocie zasypiasz, czasami też płacząc w środku lub na zewnątrz na kaflach w łazience. Widzisz cieknące łzy z kranu, prysznica, w misce, w klozecie, który je spuszcza i wydaje się, że nie przestaną płynąć.
Urodziny mojego taty skojarzyły mi się z dotknięciem wieka trumny, z tym jak bardzo go kocham i jak coraz mniej czasu mam by mu to okazać. Musimy żyć, ale jednocześnie coraz bardziej przyzwyczajać się do śmierci - ja nie odczuwam jej jako odległej, wydaje mi się, że mieszka ze mną od zawsze, stanowi moją drugą połowę, nigdy jednak nie pijemy ze sobą kawy, gramy tylko w czarno białe szachy jak Antonius Block.
Czym jest wiara jeśli nie wołaniem w ciemności, w pustce, w próżności materializmu, blichtru i zwierzęcej konkurencji o miejsce na ziemi. W przeświadczeniu, że jeśli TAM niczego nie ma, to tu możemy sobie przynajmniej stworzyć namiastkę raju i bezpieczeństwa. Inaczej nie udawalibyśmy się do świątyń rozpusty mody i stylu, zgrabnie wskakując na grzbiet czasu świętego i wodząc go na smyczy napinanych kart kredytowych. Godziny w centrach handlowych niczym w średniowiecznych katedrach, kiedy ludzie z trwogi przed dżumą i zarazą szli ze śmiercią na kompromis będąc jeszcze tymi, którzy mają przed sobą świat u swoich stóp.