piątek, 30 maja 2014

Laura Palmer przywróciła mi wiarę w uczucia



Coraz częściej uciekam w głąb siebie. Znów alienacja. Wywołana nadmiarem pracy i dysonansem społecznym między mną a światem, czy po prostu obcością życia w dużym mieście w którym nigdy nie będziemy się czuli w jakikolwiek sposób komuś potrzebni.
Sny. Nocne, popołudniowe, brama do przeżyć. Rozdzierające pragnienie uczuć, życia, doświadczeń, światów rówoległych. Mogę tańczyć dziwny i nieskoordynowany taniec gdzieś z kimś, bez barier, bez obaw, bez ocen, bez seksizmu. Mogę latać balonem i przemierzać czarny kosmos. Mogę być w ciąży i jednocześnie być szczęśliwą. Mogę odczuwać że to jest prawdziwe, a prawdziwy sen, śpiączka i narkoza będzie po przebudzeniu. Po pójściu do łazienki, założeniu uniformu, tłoczeniu się tramwajem przy nieświeżych oddechach ludzi, przy wdziewaniu maski powściągliwej nauczycielki dającej upust w absurdalnych żartach. Tyle i aż tyle mi wolno. Mózg to wie, ona to wie, pragnienia to wiedzą, dusza zna aż za dobrze. Laura miała swoje tajemnice. Ja mam swoje sny. 
Pamiętam chłopaka który był malarzem i cierpiał na schizofrenię. Zawsze mówił że najpiękniejsze są dla niego sny, pełne wolności. Mówił o tym w taki sposób, że nagle moje sny stały się dla mnie tylko słodkimi historyjkami. Jego były wizjami, rozpasaniem podświadomego i wydrwieniem świadomego. Nawet na jawie chodził i mówił jak we śnie. Brał leki, ale wydawał się wiedzieć coś więcej i tego nie potrafił udźwignąć na trzeźwo, ta siła wyrywała go z ziemi z korzeniami i niosła jak w moim balonie dzisiejszej nocy. Ogień, balon jak świat i kosmos. Czarny, niezmierzony, jak śmierć, lecz śmierć większa niż życie, nie mała, nie kiepska, nie mroczna ani obrzydliwa. ŚMIERĆ która jest poznaniem dobrego i złego. Jak czerwony pokój przejścia duszy Laury Palmer, jak pocałunek.; tak chciałabym umierać. We właściwym momencie, decydując się na przejście. To były dwie różne dłonie z różnych światów które się połączyły, a które w bólu nie chciały się zetknąć kiedy leżałam na podłodze w swoje 31 urodziny. Siła napiera z lewa, i siła napiera z prawa. Tam jestem ja, a tam jest moja matka. Wyciągam całą siebie do niej, do życia i prawdy, i nie mogę się zetknąć. Tam jest tajemnica, i nie chcę jej przekroczyć, bo wtedy mogłabym pęknąć jak naczynie. To jak doświadczenie Apokalipsy, gdzie aniołowie rozkleszczają niebo dla Boga, a ryk trąb odejmuje nam słuch. Objawienie, które nas unicestwia. Sięgasz po utracony kawałek siebie, zagubiony atom błąkający się po próżni kosmosu. Może to ten sen. Przypomniał mi się w trakcie lekcji, i ustawił na inny poziom. To rzeczy które komletnie nam umykają w codziennym zaprogramowanym mózgu, nastawionym na odbiór bodźców z zewnątrz i zarządzaniem całym centrum dowodzenia naszej kontroli. Są sygnały i są aniołowie. Mam swoich aniołów. Jednym z nich jest mój brat, drugi to przyjaciel. Trzeci był aniołem który wyrysował mi drogę a potem zniknął. Ale z każdym z nich czuję duchową obecność. Przychodzą by nas ratować od zagłady. Brzmi jak ustęp z Biblii, jak mit Gwiezdnych wojen gdzie dobro ściera się ze złem w swej czystej materialnej postaci. Ale dziś zdałam sobie sprawę z tego że materializm jest przecież duchowy, a raczej duch musi być materialny aby móc się z nami skomunikować. Że próżno by szukać pucołowatych dzieci na chmurkach, bożków pod koronami drzew i ognistych smoków. Że są ludzie jako przekaźnicy prawdy w nas samych, ustawiając nas natychmiast na właściwym poziomie rozumienia, prawdy, kiedy pancerz sztucznych person pęka i zaciągamy łapczywie oddech z wolności.

Zaczęło się od rocznicy śmierci Laury. Jeszcze w lutym, kiedy pojawił się wpis że zostanie znaleziona następnego ranka. Wtedy historia ponownie ożyła po 25 latach. Przestała być tylko tajemnicą i tragedią zgładzonego zbyt wcześnie młodego życia, ale stała się studium przypadku naszego, mojego własnego teraz, tutaj, w Warszawie, zawsze. W kondycji przyżywania codziennej maski bycia normalną dla innych i bycia sobą nocami. Nie biorę kokainy i nie sypiam z mężczyznami choć to scenariusz bardziej legalny dla 30 latki niż 17 latki. Ale na poziomie egzystencjalnym nie ma to znaczenia. Jest im dane by poznać. Jeśli poznacie Ojca mego, poznacie samych siebie powiedział Jezus. Kim był ojciec dla Laury....? .. kimś kto ją kochał i zabił jednocześnie. Był ucieleśnieniem eksploracji świata, odpowiednikiem archetypowej męskiej, ojcowskiej siły, a jednocześnie atrybutem zła, napędzającym autodestrukcję. Nie musiał z nią utrzymywać kontaktów seksualnych by ostatecznie przejąć kontrolę nad jej świadomością i doprowadzić do obłędu. Ojcowie i matki są w nas. Różnie w nas pracują i różnie składamy im ofiary z samych siebie na ołtarzu miłości. Laura za bardzo kochała życie by cierpieć w takim rozdwojeniu. Wybrała śmierć z miłości by unieskutecznić zło, uśmiercić w sobie raz na zawsze Elektrę. Znieczulała się za dnia, by przetrwać koszmary, w nocy znikała. I zniknęła. Tyle mogła zrobić. W samotności i otaczającej hipokryzji mieszkańców. Wątpliwe czy psychiatra wytrzymałby prawdę. To zbyt wiele jak na jedno niewinne życie. To są właśnie tajemnice Laury, to rzeczy których nie możemy pojąć choć są ziemskie, choć sprawcami są ludzie. Są takie sprawy których nie można objąć, jedyne co można zrobić, to stanąć w obliczu prawdy, jeśli ma się odwagę. Stanąć i nie uciekać.
Jest taki czas kiedy nie oglądasz się za siebie, zajmujesz się tylko tym by nie myśleć i nie wspominać. Bieżący strumień obowiązków zapełnia ci głowę, zapełnia ci organizm, zapełnia łóżko aż w końcu drętwieją ci ramiona by sięgać po to co piękne. Najpierw eksperymentujesz z wytrzymałością i gromadzeniem środków by później być wolnym i nie martwić się o finansowe potrzeby.Przechodzisz etap zombi. Dlaczego kołyszemy się na tej łódce raz na prawo i raz na lewo, tracąc kontrolę nad sterem. Jest albo za bardzo uśpione albo za bardzo pobudzone, ale nigdy razem. I wybucha. Po popołudniowej godzinnej drzemce na jednym boku przy hałasie wiercących maszyn pod oknem. W pośpiechu po przebudzeniu doskonale lepię panierkę na rybie żeby zdążyć z brudnymi naczyniami przed obiecanym wyłączeniem wody o 16. Pełna organizacja. Wrzucam na patelnię, siadam i dopływa mi krew do głowy, palce mrowieją. Jestem jeszcze w stanie półsnu, dopuszczania do siebie czarnego kosmosu. To trwa cały dzień, a raczej już coś się zaczęło od jej śmierci. Przerywa się w rutynach, powraca w odmętach podświadomości. Wielkie abstrakcyjne ryby pływają na głębokości. Uwalniam łzy bo prawda leje się z każdej strony, i wpływa w jeden kanał, przejrzystości, zrozumienia. Dlaczego wcześniej coś funkcjonowało jako odrębne, a teraz jest ze sobą zabliźnione, czy ktoś robi sobie ze mnie żarty, trzyma mnie za kotarą i nie pozwala oglądać ? Serce to jedyny drogowskaz, prawdziwy rytm życia. Trzeba dać mu odpocząć nocą i nie dać się zabić przez Boba.

Det Sjunde Inseglet

Czy możemy dać wiarę tym, co wierzą, skoro nie potrafimy uwierzyć w samych siebie?
Co się stanie z tymi spośród nas, co chcieliby uwierzyć , ale nie są do tego zdolni?
A z tymi, co nie chcą wierzyć, i nie są zdolni do wiary ?
(…) Oto moja ręka. Żywa, pulsująca krwią. Słońce trwa nadal na niebie, a ja, Antonius Block, toczę walkę ze Śmiercią.

Chcę wiedzieć – nie wierzyć, nie chcę gubić się w przypuszczeniach, chcę wiedzieć. Chcę, by Bóg wyciągnął ku mnie ramiona, by objawił mi się, osobiście, by do mnie przemówił.

Toczę walkę ze śmiercią każdego dnia, w krwi, pocie i łzach.
Krew spływa co miesiąc, przypominając o darze życia, i jednocześnie o tym że ciągle ze mnie upływa, i że wyschnie, jeszcze przed śmiercią, opuszczając łono życia na zawsze.
Pot sączy się już przy porannej gorączce z niedospania i od produkcji nadmiernej adrenaliny. Trzeba przetrwać wiekuisty front dnia, a zasobów tak mało. Wtedy tylko duchowość jest nas w stanie wypełnić, przepchać złogi bezsensu i niechęci wobec najbardziej banalnych rutyn dnia codziennego. W pocie wstajesz i w pocie zasypiasz, czasami też płacząc w środku lub na zewnątrz na kaflach w łazience. Widzisz cieknące łzy z kranu, prysznica, w misce, w klozecie, który je spuszcza i wydaje się, że nie przestaną płynąć.
Urodziny mojego taty skojarzyły mi się z dotknięciem wieka trumny, z tym jak bardzo go kocham i jak coraz mniej czasu mam by mu to okazać. Musimy żyć, ale jednocześnie coraz bardziej przyzwyczajać się do śmierci - ja nie odczuwam jej jako odległej, wydaje mi się, że mieszka ze mną od zawsze, stanowi moją drugą połowę, nigdy jednak nie pijemy ze sobą kawy, gramy tylko w czarno białe szachy jak Antonius Block.
Czym jest wiara jeśli nie wołaniem w ciemności, w pustce, w próżności materializmu, blichtru i zwierzęcej konkurencji o miejsce na ziemi. W przeświadczeniu, że jeśli TAM niczego nie ma, to tu możemy sobie przynajmniej stworzyć namiastkę raju i bezpieczeństwa. Inaczej nie udawalibyśmy się do świątyń rozpusty mody i stylu, zgrabnie wskakując na grzbiet czasu świętego i wodząc go na smyczy napinanych kart kredytowych. Godziny w centrach handlowych niczym w średniowiecznych katedrach, kiedy ludzie z trwogi przed dżumą i zarazą szli ze śmiercią na kompromis będąc jeszcze tymi, którzy mają przed sobą świat u swoich stóp.